środa, 30 marca 2022

Miasto w Starej Szkole

Niniejsze tekst jest o kilku wskazówkach, wytycznych czy też zasadach, które bardzo w Starej Szkole bardzo mi się podobają. W szczególności zaś chodzi o marginalną rolę miasta, ale też jego przewrotną wielką wagę, złoto jako główny motor napędowy rozwoju postaci, jej motywator oraz konstruktor drużyny. Być może coś jeszcze. 

Zacznijmy trochę od mojego kontekstu. Pierwszą grą jaką prowadziłem był Cyberpunk 2020. Starzy pamiętają z erpega, młodzi z gry komputerowej, że główny obszar działania nazywa się Night City - a więc miasto jest w grze cholernie ważne. Pierwszą przygodą, w którą grałem był Kontrakt Oldenhallera z pierdycji. W scenariuszu tym poszukiwacze przygód miast wyruszać z miasta, właśnie do niego przybywają. A więc znów miasto. Wiele czasu grałem też w Wampira, a tam jak się domyślacie też miasto. 

Miasto, miasto, miasto - u mnie zawsze w centrum uwagi. Być może masz inne doświadczenia, ale miasto w RPG jest dla mnie czymś ważnym elementem świata opisywanego. Nigdy nie mogłem od tego się uwolnić. Czy to jako MG czy jako gracz. 

MG nad miastem musi trochę posiedzieć, choćby nad ulicą przy której znajduje się ulubiona karczma drużyny. Miasto lubi tez improwizację, ale z pustego i Salomon nie naleje, więc przemyśleć za wczasu coś trzeba, żeby mieć materiał na szycie w locie. 

W Starej Szkole miasto bywa traktowane po macoszemu - bywa, bo nie zawsze jest. I to jest coś, co wywraca moje prowadzenie do góry nogami. Miasto jest punktem wyjścia i punktem powrotu, miasto jest idealne na downtime. Miasto może mieć czysto utylitarne funkcje i miejsca, które w Starej Szkole można traktować skrajnie instrumentalnie, niemalże jak galerię handlowo-usługową. 

Co robicie w mieście? - pyta sędzia. 

Deponujemy złoto a potem, leczymy się, naprawiamy zbroję, konserwujemy uzbrojenie - to pierwsze 2 tygodnie, jak będziemy dochodzić do siebie, a przez kolejne 2 tygodnie jesteśmy królami życia, i przewalamy połowę tego co wytargaliśmy z Świątyni Wężowego Boga na: imprezy oraz libacje, opłacamy bardów, którym streszczamy nasze historie, tak aby przez następny miesiąc śpiewali o nas pieśni i rozpuszczali plotki. I tak pod koniec miesiąca rozglądamy się za nową robotą. A i przekazujemy 10% na świątynię Oriaka - deklarują gracze.

Mija miesiąc - broń jak nowa, zbroje lśnią, wy zdrowi i gotowi na dalsze wyprawy, wasza reputacje w mieście urosła, wszyscy znają najnowszy hit "I Grundur bełtem smoka zdjął...",  wieści o waszych czynach rozeszły się też po okolicy - są nawet tacy, którzy chcą do was dołączyć, a wiecie, możecie pomyśleć już nawet o nazwie waszej drużyny. Oprócz tego, że Tan Ozryk zaprasza was właśnie na polowanie, w ostatnim czasie w mieście pojawiły się następujące plotki... - kwituje miesiąc sędzia. 

Bez opisów karczm, świątyń, życia codziennego, bez imiona dla każdego przechodnia, rajcy, żołdaka, burmistrza, kapłana, maga czy żebraka. Bez gildii złodziei, intryg, lewych przetargów, handlu detalicznego czy zaglądania w karty dań. Jasne - może, jak będzie trzeba, jak graczom przyjdzie ochota na miejską przygodę, jak podążą za plotką o artefakcie w piwnicy znanego handlarza. 

Miasto to miejsce, gdzie drużyna sie regeneruje - jak piłkarze na zgrupowaniu, albo pracownicy na wyjazdowym szkoleniu. Nie ma o czym gadać. O to placówka, z kilkoma opcjami: w kaplicy się pomodlisz, u płatnerza kupisz zbroję, w gildii wojowników podniesiesz sobie poziom, w wieży maga kupisz zwoje, u alchemika mikstury, w karczmie dojdziesz do siebie, albo poczekasz aż kumpel po wskrzeszeniu będzie na chodzie - 10 minut czasu sesji i załatwione, adnotacje na karcie naniesione. Wracamy do Świątyni Wężowego Boga, bo nam jeszcze 3 poziomy zostały. 

Miasto to taki punkt startu i końca wyprawy. Jeśli przekroczyłeś bramy miasta, to twoja dola w wysokości 2000 sztuk złota zmienia się w 2000 Punktów Doświadczenia. Napociłeś się w podziemiach z Koboldami, wielkimi nietoperzami i szkieletami - 3 razy mikstury ratowały ci życie, mało cię sufit nie zgniótł, odnalazłeś tajne drzwi. Tak stary napociłeś się i mistrz gry odpalił ci za te wysiłki łącznie 385 punktów doświadczenia +5% za wysoką siłę. Lecz tak naprawdę, to co ważne, to fakt, że doniosłeś fanty warte 2000 sztuk złota do miasta, teraz dostajesz 2000 expa nagrody (oczywiście +5% za wysoką siłę). Bo za murami miasta jesteś w bezpiecznym miejscu. Do bramy wszystkim tym co zdobyłeś ryzykowałeś, gdybyś stracił to złoto w walce z bandytami na trakcie, albo gdybyś kupił u nich życie za 500 sztuk złota, to o tyle mniej byś dostał doświadczenia.

Przepiękne.

niedziela, 13 lutego 2022

Niska charyzma - problemy czy możliwości

Sołtys wraz z bandą wieśniaków uwięzili bohaterów w komórce. Wierzcie mi, mieli powody, aby im nie ufać, podstępem zamknąć w bezpiecznym miejscu i czekać na pomoc z zewnątrz. Wynik nieporozumienia, a może konfliktu interesów, z pewnością efekt przejrzanego kłamstewka.

Komora taką jaką znam ze skansenów. Niewielka, ale z mocnymi drzwiami i jednym małym okienkiem. Podczas gdy silniejszy bohater z mozołem walił toporem w drzwi, drugi z nich, wystawiwszy łeb przez okienko próbował negocjować. 

Mowę miał płomienistą, piękną, bystrą. Taką bez emfazy, lecz pełną szczerości, sensu, który porusza serca. Sam uległem potokowi słów i byłbym gotów uznać, że dzięki tej tyradzie ekipa znajdzie wyjście z opałów, lecz rzuciłem okiem na kartę postaci. A na niej… no cóż, wojownik o ksywie Drzazga miał całe 5 charyzmy oraz dodatkową informację -1. 

No i jestem w kropce. Z jednej strony, gracz fajnie gra swój charakter, szuka pokojowego wyjścia z sytuacji, chce zapobiec rozlewowi krwi, uratować życie i robi to w sposób popisowy. Z drugiej strony współczynniki są bezlitosne – z taką niską charyzmą jest niewiarygodny. 

Gracz ma świadomość słabości postaci. Wokół niej zbudował sobie częściową koncepcję. Twarz o dziwnych proporcjach, która nawet pośród neandertalczyków uchodziła by za mocno średnią, do tego o głupkowatym wyrazie. Postura pokraczna, o nieproporcjonalnie długich rękach, krótkich nogach, o chodzie ni to kulawym, ni to pokracznym. Być może też niewyraźna mowa. Cóż, jest postacią, której widok wzbudza raczej litość a nawet pogardę, niźli szacunek. 

W locie musiałem zdecydować z zrobić w tej sytuacji. Na moment przeniosłem skupienie na drugiego gracza, aby zyskać minutkę na rozważenie kilku opcji. 

Rzucać na reakcję czy nie rzucać? A może zdecydować? Może pokierować się odruchem serca MG (bo miękki jestem przyznam), czy może posłuchać postaci gracza uchem sołtysa ze wsi Rogate? 

Rzut ta graczowi szansę – bo rzut zawsze daje graczowi szansę, nawet ten z niekorzystnymi modyfikatorami. Da szansę na to, że ta płomienna mowa wejdzie, pyknie i będzie spektakularny sukces. Cienką szansę, ale zawsze. Jeśli nie wyjdzie – co stanie się z dużym prawdopodobieństwem, efekt będzie jaki będzie. 

Jeśli zgodzę się ze swoim miękkim sercem, wyjdzie, że to co na karcie postaci nie ma znaczenia, że wada gracza można znieść. Uderzy to zarówno we mnie jako sędziego, ale też w koncept gracza. Innymi słowy to chwilowe uznanie dla zdolności gracza, może mieć mizerne skutki i być może otworzy mi drzwi do nawykowego wpuszczania w grę podobnych zanieczyszczeń. 

Ja zdecydowałem się na wejście w głowę Sołtysa, którym jako postacią z gry telepią właśnie emocje, mieszanka gniewu i strachu oraz dużej podejrzliwości względem graczy, a także jego własne motywacje i interesy. Bo przecież nie było to jego pierwsze spotkanie z graczami, ani pierwsze doświadczenie z Drzazgą. Budząca pogardę twarz bohatera, może w takiej chwili głosić najpiękniejsze kazania, lecz czy ktoś skupi na nim uwagę i wsłucha się w to co mówi? A nawet jeśli, to kto mu da wiarę? A może gracz mówi jedno, a jego postać stara się tylko oddać słowa, które przepuszczone przez filtr niskiej charyzmy, wybrzmiewają zgoła inaczej, budząc podsycając tylko złe nastawienie ludzi z wioski.

Skończyło się tak, że któryś z wieśniaków chwycił za grabie, i z okrzykiem „zamknij gębę pokraku” zamachnął się na drzazgę. Ten zdążył się schować, i uniknąć kilku sztychów, wpychanych w okienko trzonkiem, aby w końcu chwycić zań i wciągnąć narzędzie do środka. 

Drugi gracz – Ivan, człowiek o niedźwiedziej sile, przebił się w końcu przez drzwi. Wyskoczył na chłopów prężąc muskuły. Nie przeciągając już, gracze zostali ostatecznie przepędzeni z wioski – poleciało w ich stronę nieco gróźb oraz kamieni. Obyło się bez rozlewu krwi, choć o mało co, a ostatnia, rzucona na odchodne mowa Drzazgi, nie zaskutkowała celnym trafieniem go kamulcem w jego szpetny łeb. 

A jakie jest twoje podejście to współczynników takich jak charyzma, gdy gracz przewyższa w niej postać, albo co równie ciekawe, postać przewyższa gracza?

sobota, 22 stycznia 2022

Gry fabularne to jednak fajne hobby

Co ja tutaj robię

Wygląda na to, że po kilku latach przerwy wróciłem do grania. Miałem z RPG na pieńku z róznych powodów, głównie dla tego, że traktowałem tę lekką rozrywkę nazbyt poważnie. Ale kilka miesięcy temu pogadałem sobie trochę z kolegą z dawnych lat, który polecił mi podcast Termosa. Przesłuchałem kilka odcinków i... znów zacząłem w prowadzeniu widzieć fajną zabawę. Postanowiłem spróbować. 

Usiadłem do Hexographera, zaprojektowałem niewielką wysepkę. Otwarłem Libre Office i zacząłem pisać o tym, kto tę wyspę zamieszkuje i dlaczego, kto nią włada, kto walczy o wpływy, jakie są jej bogactwa oraz kto ma do nich dostęp. Zarysowałem naiwną ekonomię, polityke oparłem o niegroźną utopię. Naniosłem sześć miast, dodałem wioskę oraz główną drogę. Pomyslałem też o tym co pod ziemią, wrzuciłem kilka ruin. Wyszła jedna mapka oraz jedna strona A4. Wyspę umieściłem na uboczu jednego ze znanych mi światów, zaś dla niepoznaki mechanikę oparłem o to co znalazłem w zestawie darmowych zasad Sword and Wizardry White Box PL. Wystartowałem z prowadzeniem pod koniec roku 2021 i fajnie nam to idzie. Jest przyjemnie i bezstresowo. Jak za najlepszych lat. 

Co dalej?

Wygląda też na to, że wróciłem też do blogowania. S&W WB PL to gra, której zasady stawiają przed graczami i prowadzącym więcej pytań niż odpowiedzi. Myślę, że bedzie to dobry materiał, z którego może powstać w przyszłości wiele ciekawych tekstów. 

Będę miał też sporo pytań do społeczności i blogosfery - w szczególności jeśli chodzi tematy związne z prowadzeniem gry w czasach pandemii, narzędzie wspierających grę online np. czy jest jakaś fajna alternatywa dla Zooma. 

Przejrzałem trochę z tego co udało mi się tu nablogować i wydaje mi się, że trochę pracy przede mną, żeby trochę na mym starym blogu posprzątać. Wydobyć to co wartościowe oraz pochować to co puste, nieprzedytna i toksyczne. 

wtorek, 9 marca 2021

Inicjatywa w trybie retro

Dzisiejsze podejście do inicjatywy jest takie, że następuje rzut ustalający kolejność działań, następnie pada deklaracja osoby z najwyższym współczynnikiem, test na trafienie, potem obrażenia, a potem procedura powtarzana jest dla kolejnej osoby, i kolejnej i kolejnej. 

Cadrach w ostatniej naszej rozmowie słusznie podniecił się tym co wyczytał u Jarla, że ODD wyglądało to zgoła odmiennie. Najpierw deklaracje, zdaje się zapisane na kartkach – takie dziedzictwo z gier bitewnych, potem rzut na inicjatywę i wprowadzanie deklaracji w życie zgodnie z kolejnością. Pomysł świetny i dosyć realistyczny. Chcę przytrąbić NPCowi z pięści, deklaruję chęć, ale nie wiem dwóch rzeczy: czy on chce uczynić mi to samo, oraz czy zdążę to zrobić, nim on mi przypierdzieli. Taki mechanizm zastosowany został w kilku planszówkach: świetnym Dos de Mayo oraz w pamiętnym Gwiezdnym Kupcu. W tych okolicznościach należy wspomnieć o świetnych zasadach deklaracji z Cyberpunka 2020. System ten zaczerpnął z ODD to co najlepsze w tej kwestii, ale twórczo to zmodyfikował. Najpierw następuje rzut ustalający kolejność, a następnie padają deklaracje, z tym że od gracza z najniższą inicjatywą, a następnie wprowadza się to wszystko w życie w kolejności z zgodnej z wysokością rzutów. 

Rozwiązanie to jest bardzo przyjemne, ze względu na to, że dobrze symuluje orientację na polu walki. Osoba z wysoką inicjatywą zna działania osób z niższą i jest w stanie dostosować swoje poczynania do ichnich deklaracji. Po prostu dobrze czyta ich nieodwołalne intencje. W CP2020 świetnie współgra to ze specjalną umiejętnością roli Solo – który ze względu na otrzaskanie w temacie walki ma nad zwykłym człekiem przewagę doświadczenia. Niby takie małe gówienko, ale radykalnie zmienia przebieg starć. Patent jest świetny lecz został zapomniany, choć ze względu na tożsamość koncepcji inicjatywy można stosować go w każdej niemal grze.

niedziela, 22 grudnia 2019

Pies i inni przyjaciela gracza, czyli zwyczajni-niezwyczajni

Wasze postaci dokonały wielu wspaniałych i bohaterskich czynów. Drużyny pokonywały przerażających wrogów, powstrzymywały inwazje, penetrowały mroczne lochy, wpadały w podstępne pułapki. Z niejednego piekielnego kociołka żłopało się krew. Zdarzyły się też spektakularne wtopy, pożary, zalania, a być może dłuższa odsiadka. Oj! Działo się, co nie?

Ale to, co przeszli bohaterowi, nie może równać się z tym, co przeszeli ich towarzysze. Zwierzęcy a nawet ludzcy. Awanturnicy robią plany, zbierają zapasy, przygotowują środki, ekwipują się jak należy. Potem te plany wdrażają, zużywają swoje zasoby i mierzą się z efektami, biorąc na klatę wszelkie konsekwencje. Splendor i chwała, porażka i wstyd, albo odsiadka, utracona kończyna czy tez śmierć. Razem z nimi, przez piekło idą też wszelkiej maści towarzysze, o których zwykle przypominamy sobie po fakcie. No chyba, że przytomny MG, któremuś nadał dodatkowego charakteru i sympatii. 

Przypominam sobie wiernego rumaka pewnej mojej postaci, który przeczołgał się niczym zawodowy speleolog przez wąskie jaskinie. Musiał biedak tarzać się z nami w kurzu, gdy wąskimi jelitami skracaliśmy sobie drogę, z jednej strony góry na drugą. Ani nie zarżał. 

Z moim kolegą po całym świecie latał wierny pies Spike. Towarzyszył mu na każdej akcji - Night City, Bogota, Londyn, Seul. Nigdy nie był szczepiony, ani zaczipowany. Nigdy nie musieliśmy za niego płacić. Kiedy w końcu wpadliśmy w magiel na akcji, a Spike uratował życie mojemu kumplowi, w scenie niczym tej z K9 (tylko ze smutnym zakończeniem) i załatwialiśmy mu kremację, zdaliśmy sobie sprawę, z tego, jak genialną istotą był ten pies. Po prostu przed akcją zawsze teleportował się we właściwe miejsce i merdał, gotów nam pomóc.

Sługus innego kumpla miał pewne karciane umiejętności, których użycie, co jakiś czas dawały mu się we znaki. Razu pewnego, zamknięto go w ciupie w karczmie, w której zaczynała się przygoda. Wiecie, to ta karczma, w której dziwnym zbiegiem okoliczności kultyście postanowili pogadać sobie z szefem, a jedynym ku temu sposobem była solidna ofiara z ognia. Daliśmy ciała i choć udało nam się umknąć, to nikt nie pamiętał o sługusie. I tym sposobem dwie sesje później, już w innym zajeździe, drań znów ogrywał nas w karty oraz penetrował lokalny półświatek w poszukiwaniu kontaktu, który był nam niezbedny do wykonania kolejnego zlecenia. Nawet brewka mu się nie przypaliła, taki był odporny. Nikt nie zauważył bo przerwa między sesjami była troszkę długawa. 

Kilka innych przykładów to, konie które czekały dwa lata i jedną niedzielę aż waszmościowie wyjdą z wieży. Groźny brytan kumpla, który nigdy nie ostrzegał nas przed niebezpieczeństwami, nigdy nie pomógł w walce, ale też nie wydał nas swoim szczekaniem, bo nikt o nim nie pamiętał. Chomik, który wiernie z pięć lat, bez wody i jedzenia, czekał na swojego właściciela w jego chacie. I inni. 

Zdarzyło się, co nie? 



poniedziałek, 22 kwietnia 2019

Spadek po Borejce

Niewygodną wiadomość o tym, że Borejko odszedł i nie ma go między nami, przyjąłem ze smutkiem. Źródło było tak bliskie, że nie mogłem pozwolić sobie na niedowierzanie. Nie miałem z Adrianem kontaktu od dobrych kilku lat. Moje droga z grami fabularnymi oraz blogowaniem skończyła na dobre. Sądziłem więc, że przeciąć możemy się jeszcze kiedyś tylko przypadkiem. Nie przetniemy się już nigdy. Tego żałuję, bo choć sieciowo znaliśmy się, to w realu spotkałem go tylko raz, wieki temu na Grojkonie i nie było czasu pogadać. 

Zostały mi po chopie tylko wspomnienia. Ale i coś jeszcze. Dziś, na starym laptopie znalazłem folder zawierający jakieś 800 MB danych, zawierających m.in. teksty Borejki poświęcone Dzikim Polom. Nie wiem, nie mam pojęcia, czy on to sobie w końcu sam poskładał i czy wydał. Wiem, że mam te materiały i szkoda, żeby się poszły chrzanić. Sporo artykułów, grafiki public domain oraz CC, a także zajebista grafika na okładkę. 

Nie wiem jak z prawami autorskimi, nie wiem czy Borejko życzyłby sobie, abym komukolwiek, cokolwiek z tego udostępnił, ale gdyby ktoś chciał mu to poskładać do kupy, a może wydać, to z chęcią te materiały udostępnię, a także dorzucę się do kosztów druku.  

piątek, 2 listopada 2018

Rzut Krytyczny masakruje przeciwników Andrzeja Sapkowskiego

Moja pensja wzrosła o 50%, bez żadnej rozsądnej przyczyny - tak po prostu. Dolar jest tani. Gry opłaca się ściągać z zagranicy w hurtowych ilościach. Ceny żywności trzymają poziom. To fantastyczny rok. Mało kto widzi jednakże czarne chmury, które formują się za horyzontem. Zbliża się burza. Mamy rok 2008 - huragan niebawem uderzy w amerykański system bankowy.

W grudniu 2008 roku stanąłem przed pewną decyzją. Wiedziałem, że fala zniszczeń dotrze do kraju. Nikt jednak nie mógł przewidzieć skali oraz konsekwencji, z jakimi będzie oddziaływała ona na naszą walutę oraz giełdę. Dysponowałem wówczas wolną gotówką i zastanawiałem się co z nią zrobić. Przyglądałem się. 

W połowie lutego 2009 roku - akcje uważanego przeze mnie za oazę stabilności banku ING zaczynają lecieć na łeb. Jeszcze w wakacje wyceniano je na 50 złotych, a teraz są na poziomie 25 - mam w pamięci, że rok wcześniej chodziły po 100. Koniec końców, osiągają bodaj cenę 19 złotych. Nic, naprawdę nic nie wskazuje na to, że z bankiem coś jest nie tak - cena akcji wydaje się być efektem paniki. Miałem wolne 10 tyś. Zagadnijcie co zrobiłem? Tak, założyłem lokatę w tym samym banku, na jakiś zapewne 5% przy inflacji jakieś 4%. 

Mija 10 lat. Gdybym wówczas zainwestował te pieniądze, to z 10 tyś zrobiłbym 60, 70 a nawet 80 tyś. Wówczas jednak okoliczności nie sprzyjały podejmowaniu racjonalnych decyzji - byłem młodym chłopakiem, o giełdzie nie wiedziałem nic, trwał kryzys, szalała niepewność. Lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu. Gdyby jednak, pojawiła się jakakolwiek możliwość zrekompensowania sobie - jakby to ująć - skutków mojej decyzji, to rzuciłbym się na nią w ciemno. 

Andrzej Sapkowski znalazł taką możliwość, może próbować dochodzić rekompensaty. Pracuje w branży, która pozwala wykorzystać zapis chroniący jego prawa majątkowe, jeśli zaistnieją pewna specyficzna sytuacja. Czy taka sytuacja ma miejsce - to rozpatrzyć musi sąd. I trzymam kciuki, żeby mu się to udało. I umówmy się - każdy, kto znalazłby się w jego sytuacji, zrobiłby to samo - ja, ty, ona, on. Nikt nie chce być kolejnym Kałasznikowem.