A dalej jest już tylko lepiej. Prosty wątek, z lekkim twistem podlanym sosem czarnego kina. No bo jeśli Jabbowie są w coś zamieszani to wiadomo - do niczego dobrego to nie zaprowadzi. To jest kino lat 80. Proste, męskie kino akcji, pozbawione choćby śladu znetflixowanego obrazu świata. Facet to facet, a facetka to Sigurney Weaver, bo więcej płci pięknej nie uświadczysz (a może to jednak wink-wink do filmu Querelle Fastbindera?). Jedyne czego do pełni szczęścia zabrakło to krwi, flaków oraz onelinerów. Ale nie dajmy się zmylić, bo trup tu ściele się gęsto.
Mando to w gruncie rzeczy Wiedźmin, tylko niestety płaski, robotyczny, bez wyrazu, choć ma parę dobrych momentów. Szkoda jednak, że nie ma w sobie tej wiedźmińskiej zdolności do przyciągania rozterek moralnych, czy ściągania na siebie konieczności dokonywania tragicznych wyborów oraz życia z ich gorzkimi konsekwencjami. Zarysowano jedynie namiastkę tego w wątkach związanych z naiwnym Rotta Huttem (z pewnościa Huttowie mają go za jednostkę poważnie zaburzoną psychicznie).
Film obfituje w wiele brutalnych scen walki, w szczególności te z potworami wzbudziły u mnie mieszane uczucia. Może i nie ma krwi, ale jak się jest na seansie z dziewięciolatkiem, to się człowiek zaczyna zastanawiać, czy może nie byłoby bezpieczniej pójść z nim najpierw obejrzeć klasyczną trylogię Obcych, ze dwa Predatory i dorzucić jeszcze może X-tro na rozluźnienie. Ludzie! Co tam się wyprawia to głowa mała. Paskudy widziałem okropne i to w dużym natężeniu! Scena, jak abominacje wylewają się na miasto wprawiła mnie w przerażenie, nie tyle swoją dosłownością ile właśnie niedopowiedzeniem. Na samą myśl o tym, co musiało spotkać pasażerów esbany (kolejki) ciarki mnie przechodzą. Naprawdę, trudne im się wylosowało, biedni ludzie!
I do tego sporo jumpscarów! O wiele za dużo, jak na możliwości poznawcze mojego dzieciaka. Zresztą, fauna zaprezentowana w filmie też wykracza po za skalę. Niezapomniane mordy, ryje, pyski i facjaty.
Scen walk jest co niemiara, nie dłużą się, są dynamiczne. Co rusz Mando boryka się z przeciwnościami, które nachodzą na siebie niczym płyty tektoniczne wiodąc do erupcji bezkrwawej przemocy. Trudno mi je nazywać zwrotami akcji - bo takowych w Bondzie, Rambo, Kobrze czy Komando też nie uświadczyliśmy, ale jest tu kilka fint i zwodów akcji - tak to nazwijmy. Sesja by z tego była niezapomniana.
Bawiłem się przednio! Polecam - tropów jest o wiele więcej! Atmosfera zagęszcza się z każdą chwilą, a zestawienie infantylności bajeczek fantasy - znaku rozpoznawczego Gwiedznych Wojen, z elementami ponurego horroru sf z nutą wiedźmińskiego cyber westernu noir i wszędobylskimi latami 80 czyni ten film znośnym kawałkiem męskiego kina akcja - choć trzeba przyznać, że w szortach. Do tego mało szmocy sztorca i jeszcze mnie tych durnych świetlnych szabelek. Jednym słowem dobra rzecz! Najlepsza jaką w uniwersum Gwieznych Wojen widziałem. Lepsza nawet od większoscu Startreków, choć w tyle za Babilon 5 czy Lexx!