poniedziałek, 25 maja 2026

Obejrzane - Gwiezdne Wojny: Mandalorian i Grogu (ocena 5/5)

Najnowszy Mandalorianin, to najlepsza część Gwiedznych Wojen jaką widziałem. I będę tej tezy bronił do upadłego. Od pierwszej sekwencji czułem, że dekonstrukcja wisi w powietrzu. Cóż za ukłon w stronę bondowskich sidequestów w ekspozycji z jednej strony (W tajnej służbie jej królewskiej mości), a z drugiej wykpienie idei maszyn kroczących typu AT-AT, które pod wpływem zabiegów Mando, walą się na ryje, wyjąc przy tym niczym zarzynane bestie. Czuć rozmiar metalowych monstrów, dorównujacy ich niedorzeczności. Pomyślcie jak wielka łapówa musiała pomóc przepchnąć ten projekt z fazy planów, do fazy produkcji. 

A dalej jest już tylko lepiej. Prosty wątek, z lekkim twistem podlanym sosem czarnego kina. No bo jeśli Jabbowie są w coś zamieszani to wiadomo - do niczego dobrego to nie zaprowadzi. To jest kino lat 80. Proste, męskie kino akcji, pozbawione choćby śladu znetflixowanego obrazu świata. Facet to facet, a facetka to Sigurney Weaver, bo więcej płci pięknej nie uświadczysz (a może to jednak wink-wink do filmu Querelle Fastbindera?). Jedyne czego do pełni szczęścia zabrakło to krwi, flaków oraz onelinerów. Ale nie dajmy się zmylić, bo trup tu ściele się gęsto. 

Mando to w gruncie rzeczy Wiedźmin, tylko niestety płaski, robotyczny, bez wyrazu, choć ma parę dobrych momentów. Szkoda jednak, że nie ma w sobie tej wiedźmińskiej zdolności do przyciągania rozterek moralnych, czy ściągania na siebie konieczności dokonywania tragicznych wyborów oraz życia z ich gorzkimi konsekwencjami. Zarysowano jedynie namiastkę tego w wątkach związanych z naiwnym Rotta Huttem (z pewnościa Huttowie mają go za jednostkę poważnie zaburzoną psychicznie).

Film obfituje w wiele brutalnych scen walki, w szczególności te z potworami wzbudziły u mnie mieszane uczucia. Może i nie ma krwi, ale jak się jest na seansie z dziewięciolatkiem, to się człowiek zaczyna zastanawiać, czy może nie byłoby bezpieczniej pójść z nim najpierw obejrzeć klasyczną trylogię Obcych, ze dwa Predatory i dorzucić jeszcze może X-tro na rozluźnienie. Ludzie! Co tam się wyprawia to głowa mała. Paskudy widziałem okropne i to w dużym natężeniu! Scena, jak abominacje wylewają się na miasto wprawiła mnie w przerażenie, nie tyle swoją dosłownością ile właśnie niedopowiedzeniem. Na samą myśl o tym, co musiało spotkać pasażerów esbany (kolejki) ciarki mnie przechodzą. Naprawdę, trudne im się wylosowało, biedni ludzie!

I do tego sporo jumpscarów! O wiele za dużo, jak na możliwości poznawcze mojego dzieciaka. Zresztą, fauna zaprezentowana w filmie też wykracza po za skalę. Niezapomniane mordy, ryje, pyski i facjaty. 

Scen walk jest co niemiara, nie dłużą się, są dynamiczne. Co rusz Mando boryka się z przeciwnościami, które nachodzą na siebie niczym płyty tektoniczne wiodąc do erupcji bezkrwawej przemocy. Trudno mi je nazywać zwrotami akcji - bo takowych w Bondzie, Rambo, Kobrze czy Komando też nie uświadczyliśmy, ale jest tu kilka fint i zwodów akcji - tak to nazwijmy. Sesja by z tego była niezapomniana. 

Bawiłem się przednio! Polecam - tropów jest o wiele więcej! Atmosfera zagęszcza się z każdą chwilą, a zestawienie infantylności bajeczek fantasy - znaku rozpoznawczego Gwiedznych Wojen, z elementami ponurego horroru sf z nutą wiedźmińskiego cyber westernu noir i wszędobylskimi latami 80 czyni ten film znośnym kawałkiem męskiego kina akcja - choć trzeba przyznać, że w szortach. Do tego mało szmocy sztorca i jeszcze mnie tych durnych świetlnych szabelek. Jednym słowem dobra rzecz! Najlepsza jaką w uniwersum Gwieznych Wojen widziałem. Lepsza nawet od  większoscu Startreków, choć w tyle za Babilon 5 czy Lexx!