czwartek, 27 sierpnia 2015
Raspberry PI okiem elektronooba
Po pól roku oszczędzania na Dream Saverze zabrałem kwotę potrzebną do zakupu Raspberry Pi. Cieszę się niezmiernie bo na spotkanie z tym małym cudeńkiem czekałem bardzo, ale to bardzo długo. Cieszę się też, że udało mi się systematycznie odkładać niewielkie kwoty, spokojnie czekając na to, czy przypadkiem mi się się to wszystko jakoś nie odwidzi. Jak wyszło?
piątek, 12 czerwca 2015
Total War: Arena czyli World of Troops
Grałem już w nowego Total War: Arena - dokładnie. Powiem, więcej - sam go wymyśliłem. Ach, czasem człowieka strzela w takich sytuacjach. Ktoś z was też tak ma, że sobie w głowie zaprojektował grę, którą potem wydał ktoś inny?
No może nie do końca wymyśliłem tego Total War: Arena, raczej rozmyślałem sobie o czymś w realiach II Wojny Światowej, ale zasada ta sama. Bo skoro w World of Tanks gramy czołgiem, to w tym moim Świecie Trepów chciałem grać drużyną piechoty, moździerzem, czołgiem, artylerią polową z ciągnikiem, albo gniazdem CKM - albo żeby choć te elementy występowały w formie AI.
Rozkminiałem sobie czy taka gra miałaby sens, jak mogłaby wyglądać, jak taką drużynę można byłoby rozpraszać i zbijać w kulkę, w linię, kolumienkę. Czy widok z góry czy może z oczu dowódcy? Czy może lepiej umieścić ją w czasach Napoleona czy gdzieś dalej w Japonii? Jak już tu jesteśmy to od razu ma się przed oczami gry Creative Assembly.
Kilka tygodni temu, jeden z youtuberów, których oglądam - SideStrafe przekazał, że wybiera się do Niemiec - na pokaz nowej gry multiplayerowej powiązanej z Total War. I coś czułem, że będzie mowa o mojej grze. W rzeczy samej. Total War: Arena - choć osadzona w starożytności, będzie mniej więcej o tym o czym myślałem. Cieszę się, że wszystko ułożyło się po mojej myśli.
Kiedyś kolega powiedział mi, że jeśli wpadłeś na fajny pomysł, to wiedz, że ktoś już nad nim pracuje. Oczywiście cały tekst jest żartobliwy, choć na faktach.
No może nie do końca wymyśliłem tego Total War: Arena, raczej rozmyślałem sobie o czymś w realiach II Wojny Światowej, ale zasada ta sama. Bo skoro w World of Tanks gramy czołgiem, to w tym moim Świecie Trepów chciałem grać drużyną piechoty, moździerzem, czołgiem, artylerią polową z ciągnikiem, albo gniazdem CKM - albo żeby choć te elementy występowały w formie AI.
Rozkminiałem sobie czy taka gra miałaby sens, jak mogłaby wyglądać, jak taką drużynę można byłoby rozpraszać i zbijać w kulkę, w linię, kolumienkę. Czy widok z góry czy może z oczu dowódcy? Czy może lepiej umieścić ją w czasach Napoleona czy gdzieś dalej w Japonii? Jak już tu jesteśmy to od razu ma się przed oczami gry Creative Assembly.
Kilka tygodni temu, jeden z youtuberów, których oglądam - SideStrafe przekazał, że wybiera się do Niemiec - na pokaz nowej gry multiplayerowej powiązanej z Total War. I coś czułem, że będzie mowa o mojej grze. W rzeczy samej. Total War: Arena - choć osadzona w starożytności, będzie mniej więcej o tym o czym myślałem. Cieszę się, że wszystko ułożyło się po mojej myśli.
Kiedyś kolega powiedział mi, że jeśli wpadłeś na fajny pomysł, to wiedz, że ktoś już nad nim pracuje. Oczywiście cały tekst jest żartobliwy, choć na faktach.
poniedziałek, 8 czerwca 2015
Fandom RPG czy Scena RPG, a może Brać RPG?
Jak zdefiniować fandom? Czy to ogół osób aktywnych i produktywnych? Czy do fandomu należą też osoby bierne i konsumujące? Te pytania zaprzątają moją głowę od wielu lat, odkąd zacząłem uprawiać publicystykę związaną z lokalnym środowiskiem RPG - czyli od roku 2001.
Wówczas, na samym początku mojej joktocelebry, wydawało mi się, że po to ktoś wymyślił termin fandom, żeby w jakiś sposób wyodrębnić pewną grupę osób z całości środowiska. Zerknąłem sobie na stronę http://fandom.art.pl/archiwum/, która zbierała informację o tym całym fandomie. Przeanalizowałem sobie, jakie osobistości się na niej pojawiają, jakie stowarzyszenia i zrzeszenia, jak bardzo formalne lub nieformalne i wyszło mi, że chyba chodzi o tych aktywnych członków społeczności, która ogniskuje swoje zainteresowania wokół tzw. szeroko pojętej fantastyki. I takim sensem terminu fandom posługiwałem się przez dobrych parę lat i to pomimo dość częstej wymiany gorącej korespondencji z Sejim, który punktował takie rozumienie omawianego terminu. Seji uważał bowiem, że fandom to ogół fanów fantastyki i należy doń każdy, kto przejawia zainteresowanie tematem, choćby nawet o czymś takim jak ów fandom pojęcia zielonego nie miał.
Mogłem się z Sejim spierać, mogłem sobie stać na stanowisku i się z niego nie ruszać. W roku 2001 Wikipedia startowała, nie było prostego sposobu, aby zweryfikować taką definicję jaką proponował mi Seji. Byłem pewny swego, bo swoją definicję opracowałem łącząc fakty, do których miałem dostęp - czyli strona fandomu polskiego, jakieś teksty z archiwów pisma Fantastyka datujące się na lata 1984-1992. Zbudowałem ją sobie sam, wyprowadzając wprost z obserwacji. Od dawna wiem, że od początku rację miał Seji, który udał się zawczasu do jakichś swoich pewnie usenetowych źródeł czy innych retrozabawek z czasów, kiedy z internetu korzystały stegozaury, deinonychusy czy inne brontozaury.
Dlaczego wracam do tematu, który w zasadzie sobie zamknąłem? Z dwóch powodów, po pierwsze dlatego, że Borejko napisał tekst, w którym definiuje fandom w sposób dalece bardziej radykalny niż ja 15 lat temu, a po drugie dlatego, żeby jasno i wyraźnie napisać Sejiemu - tak, miałeś wówczas rację, co łatwo sobie każdy może dziś sprawdzić używając do tego angielskiej wikipedii - bo Anglo-sasi wiedzą lepiej czym jest tenże fandom, wszak sami to słowo sobie wymyślili.
Borejko napisał coś takiego:
Dziś wiem, że tę część aktywnego środowiska RPG, która dla mnie stanowiła fandom, dziś nazwałbym Sceną RPG, wyprowadzając taką nazwę od komputerowej DemoSceny - bo tam rzeczywiście, to czy jesteś scenowcem czy nie definiuje to co robisz. Klepiesz kod dema, oprawiasz je graficznie, muzycznie, swapujesz, organizujesz zloty? Tak jesteś scenowcem. Jeśli tylko oglądasz sobie te demka, nie ważne, czy na youtube, czy na emulatorze, czy na prawdziwym sprzęcie, czy nawet bezpośrednio na zlocie (Copyparty), no to sorry Winetu - z pewnością jesteś częścią środowiska - takiego specyficznego fandomu, ale scenowcem to ty nie jesteś. Bo scenowiec, to ktoś, kto produkuje. Innymi słowy przynależności do fandomu decyduje to czymś się interesujesz, a przynależność do sceny wynika z tego co z tym zainteresowaniem robisz.
Gdzieś w roku 1994 kupiłem sobie pierwszy numer pisma Magia i Miecz, i wiedziałem już że RPG, to ten rodzaj rozrywki, który chcę uprawiać. Na początku 1995 roku zagrałem swoją pierwszą sesję, spodobało mi się i w ten sposób stałem się częścią fandomu RPG, choć po pierwsze sam o tym nie wiedziałem, po wtóre fandom o tym nie wiedział, i po trzecie nikt wówczas nie wiedział, że fandom RPG w ogóle istnieje, a istniał, choć sam o sobie nie wiedział.
Uwaga: Obrazek przedstawia Cammy i pochodzi ze strony Pinetrest. Prezentuje przedstawicielkę kilku fandomów. Zastanów się z kolegami i/lub koleżankami, do jakich fandomów należy i przedyskutujcie wspólnie tę kwestię.
Wówczas, na samym początku mojej joktocelebry, wydawało mi się, że po to ktoś wymyślił termin fandom, żeby w jakiś sposób wyodrębnić pewną grupę osób z całości środowiska. Zerknąłem sobie na stronę http://fandom.art.pl/archiwum/, która zbierała informację o tym całym fandomie. Przeanalizowałem sobie, jakie osobistości się na niej pojawiają, jakie stowarzyszenia i zrzeszenia, jak bardzo formalne lub nieformalne i wyszło mi, że chyba chodzi o tych aktywnych członków społeczności, która ogniskuje swoje zainteresowania wokół tzw. szeroko pojętej fantastyki. I takim sensem terminu fandom posługiwałem się przez dobrych parę lat i to pomimo dość częstej wymiany gorącej korespondencji z Sejim, który punktował takie rozumienie omawianego terminu. Seji uważał bowiem, że fandom to ogół fanów fantastyki i należy doń każdy, kto przejawia zainteresowanie tematem, choćby nawet o czymś takim jak ów fandom pojęcia zielonego nie miał.
Mogłem się z Sejim spierać, mogłem sobie stać na stanowisku i się z niego nie ruszać. W roku 2001 Wikipedia startowała, nie było prostego sposobu, aby zweryfikować taką definicję jaką proponował mi Seji. Byłem pewny swego, bo swoją definicję opracowałem łącząc fakty, do których miałem dostęp - czyli strona fandomu polskiego, jakieś teksty z archiwów pisma Fantastyka datujące się na lata 1984-1992. Zbudowałem ją sobie sam, wyprowadzając wprost z obserwacji. Od dawna wiem, że od początku rację miał Seji, który udał się zawczasu do jakichś swoich pewnie usenetowych źródeł czy innych retrozabawek z czasów, kiedy z internetu korzystały stegozaury, deinonychusy czy inne brontozaury.
Dlaczego wracam do tematu, który w zasadzie sobie zamknąłem? Z dwóch powodów, po pierwsze dlatego, że Borejko napisał tekst, w którym definiuje fandom w sposób dalece bardziej radykalny niż ja 15 lat temu, a po drugie dlatego, żeby jasno i wyraźnie napisać Sejiemu - tak, miałeś wówczas rację, co łatwo sobie każdy może dziś sprawdzić używając do tego angielskiej wikipedii - bo Anglo-sasi wiedzą lepiej czym jest tenże fandom, wszak sami to słowo sobie wymyślili.
Borejko napisał coś takiego:
Dla mnie fandom to ludzie zasłużeni dla polskiej fantastyki. To Zimniak, Oramus, Sedeńko, Parowski i inni. Nie marginalizuję całej rzeszy subkultury konwentowej, wszystkich czytelników i osób udzielających się w sieci. To po prostu dla mnie fandom.
Z kolei fandom RPG owszem zazębia się z fandomem fantastycznym i pojawiają się w nim równie znane nazwiska jak: Rodek, Toruń czy Żwikiewicz. - całość dostępna tu: http://gitgames.blogspot.com/2015/06/joktocelebryci-fundomowi.html#sthash.fh7xPPsC.dpufRozumiem skąd się to myślenie u Borejki wzięło, lecz z tą jego aleją zasłużonych dla polskiej fantastyki zgodzić się nie mogę. Bo to trochę tak jakby trzech gości dyskutowało o tym, któż przynależy do Kościoła (przy wszystkich niedoskonałościach tej religijnej paraleli) i pierwszy z nich twierdził, że Kościół to tylko biskupi, drugi, że każdy, kto aktywnie wspiera Kościół, czyli także księża, wikariusze, szafarze, organizatorzy kółek różańcowych, animatorzy ruchy Światło-Życie, członkowi Caritasu i wszyscy ci, którzy dla wspólnoty robią coś więcej zwykły wierny; a trzeci, że do Kościoła należy każdy, nawet ekstremalnie bierny wierny. I że ten trzeci ma rację, to rzecz wiadoma.
Dziś wiem, że tę część aktywnego środowiska RPG, która dla mnie stanowiła fandom, dziś nazwałbym Sceną RPG, wyprowadzając taką nazwę od komputerowej DemoSceny - bo tam rzeczywiście, to czy jesteś scenowcem czy nie definiuje to co robisz. Klepiesz kod dema, oprawiasz je graficznie, muzycznie, swapujesz, organizujesz zloty? Tak jesteś scenowcem. Jeśli tylko oglądasz sobie te demka, nie ważne, czy na youtube, czy na emulatorze, czy na prawdziwym sprzęcie, czy nawet bezpośrednio na zlocie (Copyparty), no to sorry Winetu - z pewnością jesteś częścią środowiska - takiego specyficznego fandomu, ale scenowcem to ty nie jesteś. Bo scenowiec, to ktoś, kto produkuje. Innymi słowy przynależności do fandomu decyduje to czymś się interesujesz, a przynależność do sceny wynika z tego co z tym zainteresowaniem robisz.
Gdzieś w roku 1994 kupiłem sobie pierwszy numer pisma Magia i Miecz, i wiedziałem już że RPG, to ten rodzaj rozrywki, który chcę uprawiać. Na początku 1995 roku zagrałem swoją pierwszą sesję, spodobało mi się i w ten sposób stałem się częścią fandomu RPG, choć po pierwsze sam o tym nie wiedziałem, po wtóre fandom o tym nie wiedział, i po trzecie nikt wówczas nie wiedział, że fandom RPG w ogóle istnieje, a istniał, choć sam o sobie nie wiedział.
Uwaga: Obrazek przedstawia Cammy i pochodzi ze strony Pinetrest. Prezentuje przedstawicielkę kilku fandomów. Zastanów się z kolegami i/lub koleżankami, do jakich fandomów należy i przedyskutujcie wspólnie tę kwestię.
środa, 13 maja 2015
Neuroshima Tactics po cenach złomu
Dzis zauważylem na Rebel.pl figsy do Neuroshimy Tactics średnio po 5 złotych za jedną. Z pewnością uzupełnie swoje braki w tej kwestii, bo cena śmieszna.
Trochę to oczywiście smutny dla mnie moment, bo prywatnie uważam, że NST była bardzo fajną grą bitewną, która poprostu nie chwyciła. Czy chwyci po śmierci? Nie wiem. Wiem natomiast, że te figsy trafiają w łapy fanów NST. Czy jakaś scena sie z tego urodzi? Chciałbym.
niedziela, 5 kwietnia 2015
Nowa gra na dzielni! Problem czy możliwości?
Bardzo ciekawą kwestię postawił Enc
na swoim blogu. Chciałbym się do niej odnieść. Z grubsza sytuacja
wygląda tak: oto w twoim otoczeniu pojawia się nowa gra – nie
pierwsza, nie druga, ale któraś kolejna. Nie ważne czy jesteś
graczem czy MG. Pojawia się i w jakiś sposób zaczyna ciebie
dotyczyć. Jak osobę, która przygotuje sesję, jako osobę, która
weźmie w niej udział, a może po prostu kupiłeś lub dostałeś
taki podręcznik. Nie, nie jestem tobą, nie będę za ciebie
rozstrzygał, bo ani prawa do tego nie mam, ani nie jestem w stanie
wejść w twoją skórę.
U mnie najpierw występuje ciekawość,
tożsama niemalże ze słomianym zapałem. Rozumiesz, robi się dym i
płonie ogień. I tyle czasu mniej więcej daję nowej grze na to
(aby mnie zainteresowała) ile czasu płonie sześć snopków siana.
Zanim dorzucę solidniejszego paliwa, muszę być pewnym, że nie
będę żałował zmarnowanego czasu, że autorzy i producenci gry
mniej więcej wiedzieli co robią i że wyszła im gra, która potem
nie będzie mnie wnerwiać.
Potem jeszcze muszę pomyśleć o
kolegach i koleżankach z którymi przyjdzie mi zagrać. I zastanowić
się, czy ich też coś nie będzie wnerwiać.
Trzewik pewnie do dziś ma nad biurkiem
zapisaną złotą myśl, którą bardzo wziąłem sobie do serca. Nie
wiem skąd ją wytrzasnął (czy to komiks, czy youtube, czy jakiś
sensowny poradnik managera - mniejsza). Wiem, że któregoś dnia
pojawiła się w biurze. Brzmiało to mniej więcej tak, żebyś jako
szef od podwładnego wymagał tylko jednej rzeczy, tego żeby cię
ten podwładny nie wnerwiał. Celność tej myśli można przełożyć
na życiową praktykę w innych rejonach. Ja odnoszę ją często do
szeroko pojętej rozrywki. Także do RPG. A wprost: od gry fabularnej
wymagam tylko tego, żeby mnie nie wnerwiała. Tylko tyle i aż tyle.
Lubię się z grą czuć komfortowo, bo to gra jest dla mnie a nie ja
dla niej.
Lista gier, które mnie nie wnerwiają
zależy od tego jaką rolę na sesji mam przyjąć. Jeśli będzie to
rola MG to aktualnie są na niej tylko trzy pozycje, jeśli rola
gracza to listę znacznie się wydłuża i zależeć też będzie od
MG z którym miałbym grać. Tę pierwszą listę mogę zdradzić:
Warhammer, Sword and Wizardry White Box PL oraz In Spectres. To są
moje pewniaki. Ta druga na pewno zawiera takie pozycje takie jak
Pendragon, 7th Sea, Talislantę, Cyberpukna 2020, Dzikie
Pola, Zew Cthulhu i wiele innych, ale jak wspomniałem czasem dany
tytuł wylatuje w kontekście konkretnego mistrza gry.
Znam wiele gier, przebrnąłem przez
kilkadziesiąt podręczników i pewnie jeszcze kilka może
kilkanaście przede mną. Może się jeszcze coś znajdzie, co
wskoczy na którąś z list. Nie wiem. Wiem, że nowa gra to problem,
bo trzeba się z nią zapoznać, trzeba się przez nią przegryźć,
trzeba potem ją sprzedać jakoś własnej ekipie. Jak widać
preferuję proste mechaniki, które łatwo wyjaśnić graczom WH, S&W
czy InSpectres są tak trudne jak smarowanie bułki masłem. Trzeba
tę bułkę potem jeszcze czymś obłoży i niech to będzie
plasterek sera, plasterek salami oraz ogórek z pomidorem. Tyle mi
wystarczy – rachu, ciachu i po strachu. Bez zawiłości, bez
dziwactw – smaczne bo znane, znane bo smaczne.
Naszło mnie jakiś czas temu, aby
poprowadzić świetną skądinąd grę Traveller. Mechanika prosta,
podręcznik nie jest opasły, zresztą nie trzeba go czytać w
całości. Fajne patenty, łatwość kreacji świata. Nie udało się.
Straciłem kilkanaście godzin przygotowań, bo moi gracze nie
chcieli poznawać kolejnej mechaniki. Na nic jej wytłuszczenie. Dla
mnie gra była spoko, coś mnie irytowało w niej, ale jeszcze nie
wnerwiało. Dla graczy nowa mechanika była nie do przeskoczenia, a
świata nie znali – wiedzieli tylko tyle, że ma być pulpowo. Nie
siadło, nie sprzedałem im tego jak należy. A ich sama myśl o tym,
że mają poznać kolejną grę na kilka sesji wnerwiła.
Jakiś miesiąc temu, po tym jak
rozegrałem z kolegą partię w Ostrołękę, napaliłem się na
Monastyr. Zapaliłem znów te snopki – wziąłem podręcznik do
łapy. Wiedziała co chcę poprowadzić,w jakim klimacie. I potem
przypomniałem sobie tę, przepraszam za mój francuski, jebniętą
mechanikę. I wszystko wzięło w łeb.
W grach wnerwiają mnie różne rzeczy.
Mechanika może być niepotrzebnie przekombinowana, skomplikowana,
spuchnięta, wewnętrznie sprzeczna czy po prostu popsuta. Świat
może być zbyt obcy, nietrzymający się kupy, nielogiczny albo
nawet zbyt głęboki lub za płytki, coś wymuszający, ograniczający
twórczo. Oczywiście w moim odczuciu. Często nawet jeśli są to
rzeczy, które mógłbym naprawić lub ukryć z łatwością przed
graczami, sama świadomość ich obecności powoduje, że gra traci w
moich oczach, frustruje i najzwyczajniej wnerwia.
Ponieważ lista gier, które mnie
wnerwiają zawiera 3 pozycje, co stanowi ułamek gier, które
prowadziłem, dlatego też na wieść o nowej grze w moim otoczeniu
nieco się irytuję, bo szansa na to, że powiększy listę jest jak
widać statystycznie niewielka. Nowa gra to nowy kłopot. Kłopot
proporcjonalnie wielki do objętości podręcznika, skomplikowania
mechaniki, złożoności świata itp. itd...
środa, 1 kwietnia 2015
Nowe pismo o grach i to nie jest głupi dowcip
Na dniach powinno ukazać się nowe pismo elektroniczne poświęcone grom. Pismo, które powstało w wyniku połączenia redakcji dwóch różnych czasopism poświęconych tej samej tematyce. I bardzo fajnie się dzieje, kiedy dwie konkurujące ze sobą ekipy łączą siły, aby razem zbudować coś od zera i przekroczyć mentalne granice wzajemnych uprzedzeń.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

