wtorek, 9 marca 2021

Inicjatywa w trybie retro

Dzisiejsze podejście do inicjatywy jest takie, że następuje rzut ustalający kolejność działań, następnie pada deklaracja osoby z najwyższym współczynnikiem, test na trafienie, potem obrażenia, a potem procedura powtarzana jest dla kolejnej osoby, i kolejnej i kolejnej. 

Cadrach w ostatniej naszej rozmowie słusznie podniecił się tym co wyczytał u Jarla, że ODD wyglądało to zgoła odmiennie. Najpierw deklaracje, zdaje się zapisane na kartkach – takie dziedzictwo z gier bitewnych, potem rzut na inicjatywę i wprowadzanie deklaracji w życie zgodnie z kolejnością. Pomysł świetny i dosyć realistyczny. Chcę przytrąbić NPCowi z pięści, deklaruję chęć, ale nie wiem dwóch rzeczy: czy on chce uczynić mi to samo, oraz czy zdążę to zrobić, nim on mi przypierdzieli. Taki mechanizm zastosowany został w kilku planszówkach: świetnym Dos de Mayo oraz w pamiętnym Gwiezdnym Kupcu. W tych okolicznościach należy wspomnieć o świetnych zasadach deklaracji z Cyberpunka 2020. System ten zaczerpnął z ODD to co najlepsze w tej kwestii, ale twórczo to zmodyfikował. Najpierw następuje rzut ustalający kolejność, a następnie padają deklaracje, z tym że od gracza z najniższą inicjatywą, a następnie wprowadza się to wszystko w życie w kolejności z zgodnej z wysokością rzutów. 

Rozwiązanie to jest bardzo przyjemne, ze względu na to, że dobrze symuluje orientację na polu walki. Osoba z wysoką inicjatywą zna działania osób z niższą i jest w stanie dostosować swoje poczynania do ichnich deklaracji. Po prostu dobrze czyta ich nieodwołalne intencje. W CP2020 świetnie współgra to ze specjalną umiejętnością roli Solo – który ze względu na otrzaskanie w temacie walki ma nad zwykłym człekiem przewagę doświadczenia. Niby takie małe gówienko, ale radykalnie zmienia przebieg starć. Patent jest świetny lecz został zapomniany, choć ze względu na tożsamość koncepcji inicjatywy można stosować go w każdej niemal grze.

niedziela, 22 grudnia 2019

Pies i inni przyjaciela gracza, czyli zwyczajni-niezwyczajni

Wasze postaci dokonały wielu wspaniałych i bohaterskich czynów. Drużyny pokonywały przerażających wrogów, powstrzymywały inwazje, penetrowały mroczne lochy, wpadały w podstępne pułapki. Z niejednego piekielnego kociołka żłopało się krew. Zdarzyły się też spektakularne wtopy, pożary, zalania, a być może dłuższa odsiadka. Oj! Działo się, co nie?

Ale to, co przeszli bohaterowi, nie może równać się z tym, co przeszeli ich towarzysze. Zwierzęcy a nawet ludzcy. Awanturnicy robią plany, zbierają zapasy, przygotowują środki, ekwipują się jak należy. Potem te plany wdrażają, zużywają swoje zasoby i mierzą się z efektami, biorąc na klatę wszelkie konsekwencje. Splendor i chwała, porażka i wstyd, albo odsiadka, utracona kończyna czy tez śmierć. Razem z nimi, przez piekło idą też wszelkiej maści towarzysze, o których zwykle przypominamy sobie po fakcie. No chyba, że przytomny MG, któremuś nadał dodatkowego charakteru i sympatii. 

Przypominam sobie wiernego rumaka pewnej mojej postaci, który przeczołgał się niczym zawodowy speleolog przez wąskie jaskinie. Musiał biedak tarzać się z nami w kurzu, gdy wąskimi jelitami skracaliśmy sobie drogę, z jednej strony góry na drugą. Ani nie zarżał. 

Z moim kolegą po całym świecie latał wierny pies Spike. Towarzyszył mu na każdej akcji - Night City, Bogota, Londyn, Seul. Nigdy nie był szczepiony, ani zaczipowany. Nigdy nie musieliśmy za niego płacić. Kiedy w końcu wpadliśmy w magiel na akcji, a Spike uratował życie mojemu kumplowi, w scenie niczym tej z K9 (tylko ze smutnym zakończeniem) i załatwialiśmy mu kremację, zdaliśmy sobie sprawę, z tego, jak genialną istotą był ten pies. Po prostu przed akcją zawsze teleportował się we właściwe miejsce i merdał, gotów nam pomóc.

Sługus innego kumpla miał pewne karciane umiejętności, których użycie, co jakiś czas dawały mu się we znaki. Razu pewnego, zamknięto go w ciupie w karczmie, w której zaczynała się przygoda. Wiecie, to ta karczma, w której dziwnym zbiegiem okoliczności kultyście postanowili pogadać sobie z szefem, a jedynym ku temu sposobem była solidna ofiara z ognia. Daliśmy ciała i choć udało nam się umknąć, to nikt nie pamiętał o sługusie. I tym sposobem dwie sesje później, już w innym zajeździe, drań znów ogrywał nas w karty oraz penetrował lokalny półświatek w poszukiwaniu kontaktu, który był nam niezbedny do wykonania kolejnego zlecenia. Nawet brewka mu się nie przypaliła, taki był odporny. Nikt nie zauważył bo przerwa między sesjami była troszkę długawa. 

Kilka innych przykładów to, konie które czekały dwa lata i jedną niedzielę aż waszmościowie wyjdą z wieży. Groźny brytan kumpla, który nigdy nie ostrzegał nas przed niebezpieczeństwami, nigdy nie pomógł w walce, ale też nie wydał nas swoim szczekaniem, bo nikt o nim nie pamiętał. Chomik, który wiernie z pięć lat, bez wody i jedzenia, czekał na swojego właściciela w jego chacie. I inni. 

Zdarzyło się, co nie? 



poniedziałek, 22 kwietnia 2019

Spadek po Borejce

Niewygodną wiadomość o tym, że Borejko odszedł i nie ma go między nami, przyjąłem ze smutkiem. Źródło było tak bliskie, że nie mogłem pozwolić sobie na niedowierzanie. Nie miałem z Adrianem kontaktu od dobrych kilku lat. Moje droga z grami fabularnymi oraz blogowaniem skończyła na dobre. Sądziłem więc, że przeciąć możemy się jeszcze kiedyś tylko przypadkiem. Nie przetniemy się już nigdy. Tego żałuję, bo choć sieciowo znaliśmy się, to w realu spotkałem go tylko raz, wieki temu na Grojkonie i nie było czasu pogadać. 

Zostały mi po chopie tylko wspomnienia. Ale i coś jeszcze. Dziś, na starym laptopie znalazłem folder zawierający jakieś 800 MB danych, zawierających m.in. teksty Borejki poświęcone Dzikim Polom. Nie wiem, nie mam pojęcia, czy on to sobie w końcu sam poskładał i czy wydał. Wiem, że mam te materiały i szkoda, żeby się poszły chrzanić. Sporo artykułów, grafiki public domain oraz CC, a także zajebista grafika na okładkę. 

Nie wiem jak z prawami autorskimi, nie wiem czy Borejko życzyłby sobie, abym komukolwiek, cokolwiek z tego udostępnił, ale gdyby ktoś chciał mu to poskładać do kupy, a może wydać, to z chęcią te materiały udostępnię, a także dorzucę się do kosztów druku.  

piątek, 2 listopada 2018

Rzut Krytyczny masakruje przeciwników Andrzeja Sapkowskiego

Moja pensja wzrosła o 50%, bez żadnej rozsądnej przyczyny - tak po prostu. Dolar jest tani. Gry opłaca się ściągać z zagranicy w hurtowych ilościach. Ceny żywności trzymają poziom. To fantastyczny rok. Mało kto widzi jednakże czarne chmury, które formują się za horyzontem. Zbliża się burza. Mamy rok 2008 - huragan niebawem uderzy w amerykański system bankowy.

W grudniu 2008 roku stanąłem przed pewną decyzją. Wiedziałem, że fala zniszczeń dotrze do kraju. Nikt jednak nie mógł przewidzieć skali oraz konsekwencji, z jakimi będzie oddziaływała ona na naszą walutę oraz giełdę. Dysponowałem wówczas wolną gotówką i zastanawiałem się co z nią zrobić. Przyglądałem się. 

W połowie lutego 2009 roku - akcje uważanego przeze mnie za oazę stabilności banku ING zaczynają lecieć na łeb. Jeszcze w wakacje wyceniano je na 50 złotych, a teraz są na poziomie 25 - mam w pamięci, że rok wcześniej chodziły po 100. Koniec końców, osiągają bodaj cenę 19 złotych. Nic, naprawdę nic nie wskazuje na to, że z bankiem coś jest nie tak - cena akcji wydaje się być efektem paniki. Miałem wolne 10 tyś. Zagadnijcie co zrobiłem? Tak, założyłem lokatę w tym samym banku, na jakiś zapewne 5% przy inflacji jakieś 4%. 

Mija 10 lat. Gdybym wówczas zainwestował te pieniądze, to z 10 tyś zrobiłbym 60, 70 a nawet 80 tyś. Wówczas jednak okoliczności nie sprzyjały podejmowaniu racjonalnych decyzji - byłem młodym chłopakiem, o giełdzie nie wiedziałem nic, trwał kryzys, szalała niepewność. Lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu. Gdyby jednak, pojawiła się jakakolwiek możliwość zrekompensowania sobie - jakby to ująć - skutków mojej decyzji, to rzuciłbym się na nią w ciemno. 

Andrzej Sapkowski znalazł taką możliwość, może próbować dochodzić rekompensaty. Pracuje w branży, która pozwala wykorzystać zapis chroniący jego prawa majątkowe, jeśli zaistnieją pewna specyficzna sytuacja. Czy taka sytuacja ma miejsce - to rozpatrzyć musi sąd. I trzymam kciuki, żeby mu się to udało. I umówmy się - każdy, kto znalazłby się w jego sytuacji, zrobiłby to samo - ja, ty, ona, on. Nikt nie chce być kolejnym Kałasznikowem.

czwartek, 5 maja 2016

Erpegowiec wraca do gry

Chciałbym swoim czytelnikom wyjawić pewien sekret. Nie taki znowu wielki, ale tajemnica, w szczególności ta, która jest już niemal ujawniona ma pewien urok.

Co z Rzutem Krytycznym? Nastąpiła we mnie Dobra Zmiana, więc zrewidowałem swoje poglądy związane z grami fabularnymi i uważa, że w tym momencie Rzut Krytyczny nie jest mi do szczęścia potrzebny, wręcz przeciwnie, potrzebny jest rzut pozytywny. Stąd też zaplanowałem - nosiłem się z tym od kilku lat, ale teraz przyszedł impuls z właściwą mocą - że wskrzeszam mój projekt sprzed 15 lat - czyli E-zin - Erpegowiec.

Zapraszam do czytania bloga Erpegowiec, gdzie sukcesywnie i naprzemiennie będę publikował stare materiały oraz wrzucał nowości. A będzie ich sporo, bowiem uderzając w sentymentalną nutę udało mi się ściągnąć do współpracy większość dawnej redakcji oraz kolegów z Tyskiego Kluby Fantastyki HQ.  Myślę, że będzie przednio. Myślę, że to będzie Dobra Zmiana. Zresztą sami sobie zobaczcie.

Facebook: Erpegowiec
Blog: Erpegowiec.blogspot.com
Strona: Erpegowiec.prv.pl

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Wydawnictwo Portal zerwało z tradycją


Jak wam się podoba nowe światowe logo Wydawnictwa Portal? Słodkie, okrągłe, zabawne? A może Portal przymierza się do wydania w kraju Das Schwartze Augen? A może komiksu o Przygodach Młodego Saurona? Czy warto w chwili politycznej zmiany zrywać z tradycyjnymi barwami narodowców, na rzecz Pomarańczowej Alternatywy 4? A może ta zmiana została wymuszona kolejną uchwaloną w nocy ustawą? A może Kuźnia Skner hackuje konta na FB? A może rozpoznajecie w tym logo łysego Puszona w berecie z lotu ptaka?

A na poważnie. Mnie się podoba, co jest pewnie odosobnionym zdaniem. Czekam na wersję białą na czarnym tle i czarną na białym, oraz resztę typograficznych szczegółów.